Wydawało się że – nic!!!
Byłem przygotowany na każdą ewentualność.
Na każdą?
No tak, chyba każdą.

Na grzbiecie miałem plecak pełen rozwiązań dla nieprzewidzianych sytuacji.
To miała być tygodniowa epicka podróż w skandynawskim stylu (narty i sanie z bagażem) przez obficie zaśnieżone górskie obszary. Podczas gdy Polska była sparaliżowana białością zimy, ja podniecony trudami i pięknem tej pory roku, ruszyłem po wolność i przygodę.
Do tego kumpel od extreme – Dzidek i czego chcieć więcej.
KAP …KAP .. kap, kap . kap,kap,kap – pada!
Trudno oddać myśli, kiedy tuż po przebudzeniu słyszysz, jak w zadaszenie pod którym śpisz w hamaku, uderzają krople deszczu.
Z góry woda, a pod tobą śnieg.
TO NIE MOŻE BYĆ PRAWDA !!!
Jeszcze wczoraj byłem w arktycznym klimacie na grzbiecie Karkonoszy. Wiatr przewracał wędrowcę z plecakiem, a odczuwalna temperatura sięgała -35 stopni.

Dziś plus cztery stopnie Celsjusza !!!
Las spowija mgła wilgoci, zamieniając śnieg w mieszankę wody z lodem, a całość spina mało ambitny, ale systematyczny opad deszczu.

DZIDEK! JESZCZE 5 MINUT
wywalczyłem kolejne 15 minut drzemki w jeszcze suchym i cieplutkim śpiworze. Zwinąłem się w kłębek rozpaczy, z niesmakiem słuchając zmiany pogody.
I tak jeszcze dwa razy – nie oponował … Potrzebowaliśmy czasu, by stawić czoło rozpędzonej i pozaskalowej odwilży.
Jeszcze bolą nas palce dotknięte mrozem Karkonoszy, a teraz trzeba będzie się pakować, chroniąc każdy element ekwipunku od wszechobecnej wody. Nie tak miało być …

OBLECHA !!!
Teraz zaczęła się przeprawa !
Kurtka i dłonie mokre od wycofującej się zimy, narty przestają współpracować, a plecak cięższy o wodę, która go wysyca. Z drzew kapie bezlitośnie, a szlak?
Niech go szlag!
Śnieżna i mokra breja, z brunatnymi plamami ziemi i intarsjami z kamieni. Fragmentami lodowe i pozbawione śniegu odcinki, ale mokre, wręcz płynące potokami wody zmierzającymi zgodnie z pochyleniem terenu. Wędrówka to ciągłe zmiany – narty, raczki, buty, raczki – sanki i narty ciągniemy, niesiemy, ciągniemy – buty, raczki, buty, narty … ciągniemy, niesiemy, niesiemy …
Powiem bez zadęcia – łatwo nie było !
MODELE TEGO NIE PRZEWIDYWAŁY!
„Monty Python” zimowej wędrówki.
„Złota malina” skandynawskiego stylu.
„Magdalenka” – długodystansowej, narciarskiej wyprawy.
Pod koniec wędrówki, wieczorami brakowało śniegu na wodę do gotowania. Wilgotna – to złe słowo – mokra mgła, jak jakaś biała nocna zjawa, przenikała nasze hamaki i śpiwory. Zgniłe i pozbawione słonecznego promienia ranki, odbierały radość dnia kolejnego. I weź tu człowieku ubierz się wtedy bez słów powszechnie uznanych za obraźliwe …
Przyzwyczaiłem się.

CZUJĘ SATYSFAKCJĘ
To nie była epicka przeprawa przez mroźne bezdroża Sudetów. Natura miała zupełnie inny plan na ten czas. Powiedziała sprawdzam!
Mróz boli, ale jeśli masz do niego szacunek, a przy tym myślisz, to jest łaskawym gospodarzem. Suche powietrze i sypki śnieg, przy odpowiednim doświadczeniu, rekompensuje pięknem niecodziennych uroków zimowej Natury i łatwością poruszania. Zaprasza do kontaktu.
Odwilż jest z charakteru opryskliwa i niemiła. Nie skłania do bliższych zażyłości i za nic ma Twoje odczucia. Poniewiera Twe ciało i spowija Twój umysł wszechogarniającą wilgocią i szaroburością. Nie lubi łazików i postronnych osób. Ma zadanie do wykonania i tyle. Topi się .
I JA JĄ W KOŃCU POLUBIŁEM !!!
Stałem się jej codziennością, a jej podły charakter stał się moją rutyną. Wiele się od niej nauczyłem, musiałem się dostosować, a nie jest to łatwy związek. Zdobyłem kolejny „level” na mojej traperskiej ścieżce. Już się jej nie boję.
DOSŁOWNIE SIĘ W NIĄ WTOPIŁEM …

